Doszłam do wniosku, że wolę bloxa.
Nawróciłam się
Od dziś ponownie dostępna pod adresem www.asiekfeniks.blox.pl
26 Lipiec, 2007 @ 16:05 (Mówię)
Doszłam do wniosku, że wolę bloxa.
Nawróciłam się
Od dziś ponownie dostępna pod adresem www.asiekfeniks.blox.pl
13 Lipiec, 2007 @ 18:59 (Codzienność)
Dobra, ludzie, wyjeżdżam na obóz wędrowny, który planowaliśmy od zeszłego roku. Tym razem góry Świętokrzyskie. Jedzie super ekipa z niebieskiego dżipa w składzie: Leman, ja, Dyga, Zuza(moja, moja) , Zosia, Michał, Mardyłek, Luizka, Magda, Gosia, Karolina i Albert.
Skład zmienił sie w 75% w porównaniu do roku poprzedniego, ale wierzę, że będzie tak samo fajnie…
Mimo wszystko będzie mi tęskno do niektórych… Do jednego.
Ech, chlip, trzymajcie się :*
10 Lipiec, 2007 @ 1:56 (Codzienność, Mówię)
Czasem dzieje się tak, że człowiek kompletnie traci głowę, bo nic sobie nie planował, a tu BUUUUUM. Takie duże BUUUUUM, które wpada w życie i robi z niego mielonkę, z której potem można coś zrobic, ale przecież nie umiem gotowac. <Mielonka wcale nie musi byc niedobra> No… Dobra, może nie mielonkę,bo to dosc niefortunne określenie , ale wywraca wszystkie poustawiane do tej pory tyczki, słupki, linie i człowiek nie wie jak jechac.
A ja nie wiem, ale zamykam oczy i daję się prowadzic. Czuję, że mogę, mimo że nie wiem, jak daleko zajdę.
I o.
9 Lipiec, 2007 @ 1:08 (Codzienność)
Zostałam wytypowana przez Klisia do podzielenia się z całym światem moimi nałogami, a potem wciągnięciu w imprezę kolejnych 5 nieszczęśników.
1. Pierwszym najpoważniejszym problemem jest nałóg nic-nierobienia, który objawia się w najbardziej niepożądanych momentach, takich jak: dzień przed sprawdzianem, czas na sprzątanie pokoju, itp.
2. Komputer- potrafię spędzac przy nim nieskończenie wiele czasu, przy czym należy dodac, że jest to czas często zmarnowany.
3. Harcerstwo- może nie nałóg, ale napewno coś, bez czego nie umiałabym życ i gdyby mi tego zabronili, to chyba bym zeszła w tempie natychmiastowym ![]()
4. Muzyka- zawsze chodzi mi po głowie jakaś piosenka, a jak nie chodzi, to brzęczy w słuchawkach mp3 tudzież ryczy w głośnikach komputera, ewentualnie wydobywana zostaje z mojej gitary i gardła. Ani rusz.
5. Ludzie- bez ludzi wszystko byłoby inne. Bez nich nic nie miałoby sensu, bo dla kogo się starac, oddychac, zyc?
Do podzielenia się swoimi nałogami zapraszam:
http://zabkaanarchistka.blox.pl
http://www.photoblog.pl/ipocomito/
5 osoby nie mam, a nikogo na siłę szukac nie będę
7 Lipiec, 2007 @ 0:33 (Sentymenty)
Jaaaaaaaa.
Po prostu nie mogę. Zaraz mnie zje jeden wielki nerw. Dlaczego jak się coś do ludzi mówi, to trzeba im to potem jeszcze kilka razy powtarzać, mało ich nie pozabijać, żeby zrozumieli?
Wysyłałam wczoraj do szanownej drużyny informację, że każdy powinien wybrać sobie na forum miejsce, o którym będzie chciał opowiadać podczas obozu. Oczywiście kto się ruszył? Oczywiście jeden Michał, na którego zawsze liczyć można, nawet jak mu się nie chce.
Matko… Co za ludzie?!
Ale i tak ich kocham. Jeszcze z tych ludzi zrobi się ludzi… Och, niech tylko ten obóz w końcu nadejdzie…
Swoją drogą… Ciekawe jak pójdzie tym razem.
Mam tylko nadzieje, że kolana mi nie wysiądą, bo może być lipa.
Nie było księżyca, ale padało. Jak zwykle. Kurtka wyschła, do odbioru ;P
4 Lipiec, 2007 @ 22:48 (Problemowe)
Syn pyta ojca:
- Tato, co to jest POLITYKA?
Ojciec odpowiada:
- Zobacz, ja przynoszę pieniądze do domu, więc jestem KAPITALISTĄ, Twoja
mama rządzi tymi pieniędzmi, więc jest RZĄDEM, dziadek uważa, żeby
wszystko było na swoim miejscu, więc jest ZWIĄZKIEM ZAWODOWYM, nasz
pokojówka jest KLASĄ ROBOTNICZĄ, a wszyscy mamy jeden cel, aby się Tobie
lepiej wiodło! Ty jesteś LUDEM, a Twój młodszy brat, który leży jeszcze
w pieluchach jest PRZYSZŁOŚCIĄ!!! Zrozumiałeś synku???
Chłopiec zastanawia się i mówi, że musi się z tym wszystkim jeszcze
przespać. W nocy budzi chłopca płacz młodszego brata, który narobił w
pieluchy i drze się wniebogłosy. A, że chłopiec nie wiedział co ma
zrobić, poszedł do pokoju rodziców. W pokoju była tylko mama, ale spała
tak mocno, że nie mógł jej dobudzić, więc poszedł do pokoju pokojówki,
gdzie akurat zabawiał się z nią ojciec, a dziadek podglądał ich przez
okno. Wszyscy byli tak sobą zajęci, że nie zauważyli, że chłopiec jest w
pokoju. Malec postanowił więc, że pójdzie spać i o wszystkim zapomni.
Rano ojciec pyta go:
- Synku, możesz mi powiedzieć własnymi słowami co to jest POLITYKA??
- TAK!!! – odpowiada syn. – KAPITALIZM wykorzystuje KLASĘ ROBOTNICZĄ,
ZWIĄZKI ZAWODOWE się temu przyglądają, podczas gdy RZĄD śpi, LUD jest
całkowicie ignorowany, a PRZYSZŁOŚĆ leży w gównie!!! TO JEST POLITYKA!!!
Dlatego też jestem apolityczna, a głosowac pójdę na tego, na kogo głosują rodzice, bo mądrzy są.
3 Lipiec, 2007 @ 1:33 (Sentymenty, Smęty)
„Jak żyjesz?”- Zadała mi pytanie kuzynka. Należałoby jej pogratulować, bo pytanie jest warte +10 punktów siły. Dla niej, rzecz jasna.
Walnęło z całej pary i od razu zdobyło przewagę, bo nie umiem na nie odpowiedzieć.
Wracam do Dżemu. W zeszłe wakacje siedziałam po nocach i słuchałam naprzemiennie Comy i właśnie Dżemu.
Pamiętam jak rok temu siedziałam tu, gdzie siedzę teraz i czekałam na obóz wędrowny, też z uczuciem, które przyprawiało mnie o podskakiwanie organu odpowiedzialnego za pompowanie krwi do różnych części ciała i płakałam sobie po cichutku.
Okno było otwarte, więc nie wypadało wyć jak wilk do księżyca w pełni, poza tym zaraz by się rodzina zleciała i jak się tłumaczyć?
Nijak, więc pozostawało pochlipywać do samej siebie i smarkać w rękaw piżamy.
Ale nie, żeby było mi źle czy coś. Po prostu miałam nadmiar płynów i uczuć, wiec jakoś to było trzeba obdzielić po równo i klawiaturze, i monitorowi, i myszce, i biurku, i piżamie, i oknu, i gwiazdom, i księżycowi, i dachówkom, i wszystkiemu, co było naokoło…
Nie, tym razem nie płaczę. Po co?
Jestem dużą dziewczynką i nie płaczę, bo czegoś mam za dużo, a czegoś za mało.
Pozwolę sobie przytoczyć fragment, który kiedyś napisałam
„[...]to pójdę sama i też będzie dobrze, aczkolwiek wolałabym z kimś.
Kimś… Ktoś… Z kimś… Ja i ktoś… No tak.
Chyba będę chodzić sama jednak.
Doszłam do wniosku ostatnio, że ja to się jeszcze nie nadaje do bycia z kimś. Oczywiście, że fajnie by było z kimś połazić po małych, cichych uliczkach obrośniętych wysokimi sosnami, które osłaniałyby stare, piękne kamienice i domy… Z drugiej strony myślę, że to jeszcze nie teraz. Za dużo we mnie emocji, które mogłyby niszczyć, mimo że chcę jak najlepiej. Za mało we mnie chęci dzielenia się z drugim człowiekiem dobrem, które mnie spotyka. Za mało zrozumienia- jeśli ja kogoś nie zrozumiem, to ten ktoś mnie też nie zrozumie… Za dużo słów, które cisną się na język i przez to tracą na wartości.
Za dużo, a za(? )razem za mało wszystkiego, na czym można by budować.
Zamki z piasku można budować na plaży, ale nie w życiu.
Wczoraj siedziałam nad morzem i przesypywałam piasek z ręki na rękę, patrzyłam jak morze się przewala, a ludzie opierają się wiatrowi, który godził ich prosto w twarz… Mimo to szli dalej z uśmiechem na ustach.
Też bym tak chciała. Chciałabym być taka mocna jak oni- uśmiechać się do trudności, które niesie ze sobą to wszystko, co porywa wiatr (w ich przypadku był to piach i zimno) i iść, iść, iść uparcie, bo w końcu gdzieś dojść trzeba.
Gdzie dojdę ja? Marzę, ale nie wierzę, że to się spełni. Dlaczego? Bo przytłaczam sama siebie i nie umiem się spod tego wyrwać.
To nie jest beznadzieja, to jest pogodzenie się z losem, który wcale nie jest taki pewny.
A póki co, to chciałabym usiąść na plaży, zbudować zamek, zaśpiewać przy akompaniamencie gitary jakąś smętną balladkę i zasnąć wtulona w kogoś, kto nie wymagałby więcej niż tyle, żebym po prostu była… „.
Ot, tyle na dziś.
30 Czerwiec, 2007 @ 19:26 (Codzienność)
Trochę zmieniam klimat w tej notce.
Dość mi pisania na teraz opowieści, skoro życie dookoła takie ciekawe xD
Ci, co wiedzą, to wiedzą, o czym mówię, a Ci, co nie wiedzą, znaczy, że wiedzieć nie muszą.
Wczoraj byłam z Manią i Mareczkiem na Festiwalu Dobrego Humoru, gdzie bąbelkowany, rozcieńczony, bursztynowy płyn podawali bez ograniczeń, a co za tym idzie granice przyjmujących trunek też gdzieś się zatarły.
Około 1 w nocy karetka zajechała na podjazd i zabrała poszkodowaną do szpitala.
A my, dzielni, Mareczek i ja, ruszyliśmy z odsieczą i w pogardzie mając tnące szpony mrozu i palące słońce (zwłaszcza w środku nocy) pustyni gnaliśmy niczym wiatr do szpitala Akademii Medycznej.
Tam zastaliśmy na wpół śpiący personel i zaryczaną ofiarę procentów.
Usiedliśmy na jakiś poczekalnianym siedzonku i czekaliśmy, aż wyjdzie i będzie można ustalić co dalej.
Wyszła.
Poszliśmy pod inną salę, gdzie kochana pierdoła dostała kroplówki z 5 litrów.
Posiedzieliśmy jeszcze kawałek nocy i doszliśmy do wniosku, że możemy się zbierać, bo i tak w niczym nie pomożemy. Wzięliśmy co nasze, z tym, że zostawiłam arafatkę, co by ofiara losu mogła sobie robić dobrze zimnymi okładami, bo spuchło jej trochę to i owo.
Wszystkie nocne albo już pojechały, albo miały nadjechać za godzinę albo i więcej, więc szliśmy sobie spacerkiem zatrzymując się tu i tam… To na światłach, to przy przystanku… I takim nieregularnym kroczkiem doszliśmy do przystanku jakiegoś tam, na którym miał pojawić się za chwil kilka tramwaj. Pomijam fakt, że była 4 z kawałkiem w nocy.
Krótka rozmowa, krótkie pożegnanie i do domu. Była 5 rano.
Weszłam do domu- nawet pies nie szczekał. Zdjęłam z siebie zbędne rzeczy włącznie z resztką makijażu i padłam do łóżka.
Nie żałuję niczego.
29 Czerwiec, 2007 @ 18:46 (Teksty nie-moje.)
Nie zamierzam Cię truć
pigułkami ze słów
nie potrafię uchronić od smutku,
moralności mi brak
pogubiłem się sam
chciałbym tylko
nadzieję ocalić od zła,
Zaniemogły ze strachu
zagoniły się w szaleństwie
myśli złożone
marzenia bezsenne
lekko pozacierały się
granice między dobrem a złem
w każdą stronę
rozbiegły się znaki jak psy
W kolejnej odsłonie
skurwiłem się znojnie lecz
dzięki tobie nie wszystko skończone ja
widzę ostrość na nieskończoności to
nieskończoność nabiera ostrości
Znam
drogi wiodące do dna
mosty rzucone na wiatr
światło walczące o blask
kształty bez formy i żal
ten pomiędzy wszystkim to ja
powinienem wybrać lecz jak
każdy dzień daje znak
że zatrzymał się czas
drąży myśli to
wściekłość i wrzask
ona zbiera we snach
ona pyta mnie w locie i
powstrzymuje czyny by
zaplątani w niebo słów
nie wypełniliśmy się
nie wypełniliśmy się dniem
nie wypełniliśmy się dniem
COMA
29 Czerwiec, 2007 @ 17:01 (Codzienność)
No i po egzaminie. Nie zdałam, ale nie przejmuję się. Wiem, gdzie popełniłam błąd i więcej tego nie zrobię.
Misia mówi: Pierwsze śliwki- robaczywki
O tak, tak, tak
To podniosło mnie na duchu ;]
28 Czerwiec, 2007 @ 2:20 (Teksty moje.)
Wyobraźcie sobie Koloseum. Na planie elipsy, wysokie ściany, grube mury. Pięć kondygnacji, arkady i wszystkie cuda ówczesnej architektury.
Mnóstwo ludzi w środku. Setki ludzi oczekujących wydarzeń, które zmrożą im krew w żyłach, a przy tym przysporzą niezapomnianej uciechy. Wielotysięczny motłoch, który czeka na rozlew krwi i czyjąś porażkę. Masa licząca na to, że nikt nie zauważy na jej twarzach grymasu, którego ślad pozostawia po sobie żądza ogarniająca ich ciała i umysły.
Widzicie to?
Jeśli nie, to zatrzymajcie się na chwilę, w innym razie proszę dalej…
Teraz trzeba będzie trochę zmienic krajobraz. Pewnie przy Koloseum widzieliście słońce, unoszący się pył i czuliście zaduch gorąca.
Teraz będzie pustynia. Bynajmniej gorąca, może kiedyś. Piach skuty kryształkami lodu. Niebo poszarzałe od długoletniej nieobecności słońca. W oddali widać czarny, wysoki mur.
Podejdźmy.
Pusto. Jasno. A jak okiem sięgnąć fałdy piachu i lodu. Żadnego życia, nic.
Ściana bez okien i drzwi. Jest tylko mały wyłom. Nie zmieścisz się cały, więc pozwól, że będziesz obserwować, a ja opowiem co widzisz.
Wielka kamienna arena, a nad nią piętrzące się tysiącami ławki i galerie. Wcale nie są wyludnione. Bynajmniej. Wypchane po brzegi ludźmi, którzy wiwatują niemo, nie poruszając nawet palcem. Wszyscy, kobiety, mężczyźni, dorośli, starcy i dzieci, odziani w czarne peleryny z kapturami nasuniętymi głęboko na czoło. Widać tylko ich usta. Sine i spierzchnięte. Kompletna pustka emocjonalna.
Mimo to widać niemałe podniecenie wśród zebranych. Szum ogarniający całą budowlę staje się wręcz ogłuszający.
Nagle coś zaczyna się dziać. Na arenę wchodzi dziewczyna ubrana w taki sam strój, jak pozostali. Kaptur nie zasłania jej twarzy.
Widzisz jaka jest blada? Na pozór niczym nie różni się od ponurego tłumu, lecz w jej oczach tli się płomień, który lada chwila może wybuchnąć i ogarnąć jej postać. Jej usta czerwone i pełne poruszają się w niemej modlitwie. Złożone dłonie drżą, a palce pobielałe od ucisku zaczynają opierać się woli swej właścicielki.
Nagle daje się usłyszeć przeszywający krzyk, jak gdyby milion paznokci szorowało po brudnej szybie, a szczęk zgniatanego zardzewiałego metalu wtórował im ochoczo.
Zasłoń uszy. Nie musisz tego słuchać.
Dziewczyna wznosi głowę ku niebu, a płomień w jej oczach przeistacza się w istny żywioł.
Bramy, których dotąd nie widziałeś, otwierają się z ciężkim jęknięciem.
Warczenie. Przeraźliwe warczenie i przełykanie spienionej śliny. Drapanie kamiennych ścian.
Na arenę wpada wataha czarnych, wielkich, poranionych psów. Każdy wpatrzony chciwie w ofiarę pośrodku sceny. Krwiożercze bestie powoli ruszają do ataku.
Ofiara, którą sobie upatrzyły, stoi nieruchomo, a wzrok pada na szare niebo, które nie daje nadziei.
Psy są coraz bliżej, a ona nadal stoi. Kiedy zwierzęta czują jej nęcący zapach i są wystarczająco blisko, aby kąsać, ona zrywa się i spod płaszcza wydobywa łańcuch, który pali się w jej dłoniach. Smaga raz po razie w nadbiegające ze wszystkich stron potwory. Jeden za drugim padają bez życia na skamieniałą ziemię.
Niby bezsilna, a potrafi obronić się przed atakiem, który według oczekiwań tłumu obserwującego całe zajście powinien być śmiertelny. Dzieje się inaczej.
Dziewczyna prostuje się, bo właśnie ostatni stwór rzucił się jej do gardła. Szybki unik i jeden cios łańcuchem zakończonym kolczastą kulą.
Przyśpieszony oddech i krew spływająca z jej skroni dodawała jej tylko mocy.
Stoi dumnie wyprostowana i czeka na rozwój wydarzeń.
Cisza.
Słyszysz? Cisza.
Nagle ludzie podrywają się z miejsc i może się wydawać, że na jej cześć wymachują rękami, ale mylisz się…
Pierwszy zamach bierze wysoki mężczyzna z blizną nad górną wargą. Pierwszy czarny kamień wypada z jego ręki i godzi dziewczynę ramię aż z jej ust wydało się westchnięcie bólu. Kamienisty deszcz leci jak z cebra. Kilkudziesięciotysięczna widownia po raz pierwszy ożywia się i wydziera w niebogłosy swe nędzne, blade gardła.
Nie patrz! Postaraj się… Nie bój się, nie musisz, tylko nie patrz.
Zrywa się silny wiatr. Starczy chwila, aby budowla opustoszała. Nie ma nikogo.
Nikogo oprócz jednej, jedynej istoty leżącej w centrum.
Leży na zimnej ziemi, opleciona swym łańcuchem, który żałośnie skrzypi przy każdym jej coraz to słabszym oddechu. Włosy rozrzucone na ramionach i twarzy wyglądają tragicznie- nadpalone i wyszarpnięte ze skóry głowy.
Z miejsca, w którym stoimy słychać tylko cichutkie łkanie. Zbiera w sobie resztki sił, aby obrócić ku nam głowę i jej wzrok ogarnia Twoją twarz. Obserwuje Cię przez chwilę.
Przez ten krótki moment jesteś w stanie dostrzec, że płomień, który nosiła w sobie, zgasł.
-To wszystko twoja wina!- udaje się jej wykrzyczeć, zanim upadnie i więcej nie wstanie.
Możemy wracać?
Och, chcesz pomóc?
W czym? Już za późno.
Stałeś tu ciągle i patrzyłeś.
Teraz już za późno.
Naucz się, że czasem należy dać porwać się zmysłom i patrzeć, słuchać, bać się.
Teraz już za późno.
Nie ma jej.
To Twoja wina.
27 Czerwiec, 2007 @ 2:34 (Teksty moje.)
Z góry mówię, że zamieszczony poniżej tekst jest fikcją (para)literacką, dlatego też nie należy jej w żaden sposób interpretowac z odniesieniem do życia autorki
Co to, to nie. Co za dużo, to nie healthy- jak mawiał kolega Wojtuś.
Hej.
Wiesz? To jest jeden z tych listów, które nigdy nie dojdą do adresata, bo nigdy nie zostaną wysłane.
A wiesz dlaczego? Bo nie chcę powiedzieć Ci tego, co do Ciebie czuję. Nie chcę, żebyś wiedział. Nie chcę, żebyś zawracał sobie tym głowę. Niepotrzebnie całkiem. Wiem o tym tylko ja i reszta świata. Cały mój świat wie, ale Ty, mimo że do niego należysz, nie możesz o tym wiedzieć.
Doskonale znasz ten system. Okłamujesz najważniejszą osobę w Twoim życiu, żeby żyła w błogiej nieświadomości. Nie mówisz jej wszystkiego i udajesz, że wszystko jest tak, jakby ta osoba tego chciała.
Co czuję? Pewnie się domyślasz, mimo że może wyolbrzymiasz. Nie, nie kocham Cię. Nie tak, jak myślisz. Do tego wszystkiego dałeś bardzo dobry podkład. Wylałeś we mnie fundamenty. Kierowałeś budową doskonale. Dobrze szło. Potem nagle zniknąłeś. Powiedziałeś, że musisz odejść do kogo innego. A ja zostałam sobie sama i czuję to, co czuję.
Dałeś mi więcej niż ktokolwiek na tym pochrzanionym świecie.
Co od Ciebie dostałam? Dostałam poczucie, że jestem kimś więcej niż nędzną dziewczynką, która musi żebrać o miłość. Pokazałeś mi, że umiem dać miłość, ale taką prawdziwą i szczerą, a nie jakaś z odzysku albo wybłaganą i że mogę dostać cos, na co naprawdę zasługuję. A nie jakaś imitację, bo akurat była na zbyciu i się kurzyła, wiec żeby jej nie zmarnować…
Chyba nie rozumiesz, co chcę Ci przekazać.
To może ja powiem wprost. Prosto z mostu. Bez owijania w bawełnę. Bez ogródek. Bez kadzenia i słodzenia.
Wiem, że jeśli Ty nie dasz mi szczęścia, to nikt inny nie będzie w stanie mi tego dać. Wiem, że jesteś jedynym człowiekiem, którego jestem w stanie naprawdę i szczerze, dojrzale pokochać. Wiem, że tylko z Tobą będę w stanie śmiać się i płakać bez cienia zażenowania czy wstydu. Wiem, że tylko przy Tobie nie będę musiała udawać kogoś, kim nie jestem. Wiem, ze Ty jeden będziesz mógł tolerować mnie taką, jaką jestem.
Czy sobie Ciebie wyidealizowałam? Może trochę, ale wiem, że mimo Twoich wad jestem w stanie pokochać Cię całą sobą i nie przestawać.
Poręczeniem tego, co mówię może być fakt, ze jestem w stanie czekać na Ciebie długo. Póki co… Nikt nie zastąpił Twojego miejsca. Mógł usiąść przed albo za Tobą, ale nigdy na Twoim miejscu.
Boli mnie każdy moment, w którym Ty czujesz się źle albo niepewnie. Boli mnie, gdy cos nie idzie po Twojej myśli. Chcę dla Ciebie jak najlepiej i mimo ze to oddala mnie od dojścia do celu, chcę, żebyś był najszczęśliwszy.
Dałeś mi szczęście. Dałeś mi je naprawdę i dlatego pragnę się za nie odwdzięczyć.
Nigdy nie dotknąłeś mnie nawet palcem w sposób, który sugerowałby mi, ze czujesz do mnie cos więcej niż do najlepszej przyjaciółki. Nigdy. Dziękuję Ci za to. To pozwala mi docenić to, czego nie mam.
Myślisz sobie „Boże, co za masochistka”. Niech i tak będzie.
Chcę móc kiedyś pochylić się nad Tobą i wyszeptać Ci, że jesteś najlepszym, co mi się w życiu przytrafiło. I wiem, czuję to od dawna. Od momentu, gdy wkroczyłeś w moje życie- całkiem cicho i niepozornie- czułam, że nie pozostaniesz w nim zwykłym pionkiem, a odegrasz kluczową rolę. To o Ciebie będę walczyć do końca i nie ustąpię, gdy nadarzy się okazja pojedynku i zobaczę dla siebie, choć cień szansy na wygraną.
Kiedyś odeszłam z pola bitwy, zanim przeciwnik się zjawił. Wiem, ze gdybym poczekała, to może wszystko potoczyłoby się inaczej, ale nie. Odeszłam i więcej takiego błędu nie popełnię. Będę zawsze z Tobą, będę Ci pomocą i zapomnieniem, jeśli tylko tego będziesz chciał.
Pamiętam tylko, jak bolało to, że nikt nie docenił mojego poświęcenia. A wiesz czemu? Bo to było zwykłe tchórzostwo. Kiedy wszyscy zagrzewali mnie do walki, ja zawinęłam ze strachu i braku wiary ogon pod siebie i zwyczajnie odeszłam. Chciałam być bohaterką, a stałam się zwyczajnym cykorem, który miał wyolbrzymione zdanie na swój własny temat.
Nigdy więcej.
Poczekam na odpowiedni moment i wyjdę z cienia i odzyskam godność, z której obdarła mnie ta nędzna przeciwniczka.
Ta, która nie ma do zaoferowania nic poza tym, co widać.
Dobrze, wiesz? Chyba dość. Tak, na pewno.
Dość.
Nigdy się tego nie dowiesz.
Zawsze Twoja.
26 Czerwiec, 2007 @ 20:59 (Teksty moje.)
Cisza. Wszechobecna cisza. Jezioro spokojnie błyskało, odbijając promienie wychylającego się zza drzew słońca. Las powoli falował pod pojedynczymi lekkimi powiewami wiatru.
Ze snu zbudziło mnie warczenie starej, zdezelowanej lodówki. Otworzyłam drzwi domku i wyjrzałam. Moim oczom ukazał się TEN widok.
Wszyscy spali, nie było słychać nawet szczekania psa.
Niesamowite. Piękne. Widok, stan, na który czekałam od dawna. Zahipnotyzowało mnie to. Chciałam za wszelką cenę uwiecznić tą chwilę, ale nie mogłam oderwać wzroku od jeziora.
Stałam i czekałam. Na co? No właśnie?
Zerwałam się z miejsca, wbiegłam do domu, starając się nie zbudzić śpiących koleżanek.
Szukałam jakichś kartek i długopisu, aby móc zapisać uczucia, które mną targały, ale nic się do tego nie nadawało.
Mój wzrok padł na obrazki, które rysowałyśmy z siostrą będąc małymi dziewczynkami. Po chwili namysłu zerwałam rysunki ze ściany, doskonale zdając sobie sprawę, że będzie z tego niezły krzyk, bo rodzice lubili wspominać dawne czasy, kiedy biegałam z siostrą po trawniku i cieszył mnie byle kwiatek.
Dla mnie to w tym momencie nie było ważne, bo za wszelką cenę chciałam zapisać ten moment.
Wbiegłam na rozpadający się pomost. Usiadłam i starałam się dobra słowa, ale nic nie przychodziło mi do głowy, a nad nią rozlewał się róż i jaśniał błękit, w który przechodził granatowy kolor nocy. Wiatr roztaczał woń pól i kwiatów, które rosły w ciemnym lesie.
Spławiki pozostawione przez naiwnych wędkarzy, którzy mieli nadzieję, że coś na nie złapie, na noc, powoli przesuwały się po tafli wody od czasu do czasu podskakując nerwowo.
Pomost na końcu zanurzał się w wodzie, gdy zmieniałam pozycję. Nogi mi drętwiały- żeby coś takiego oglądać trzeba cierpieć.
Małe okonie podpływały blisko i z zaciekawieniem przyglądały się ziarnom kukurydzy, które raz po raz spychałam z pomostu.
Czekałam. Na co?
Ciągle nie umiałam uzmysłowić sobie, na co czekałam. Na kogo. Mimo to czułam niemiłe uczucie w żołądku.
Przecież mógł w każdej chwili nadejść. Mijały sekundy, ciągnęły się minuty.
Nic się nie działo.
Wschód przemijał, a nadzieja i namiętności wraz z nim…
Pomost drgnął lekko, a wystraszone okonie odpłynęły.
W głębinie widać było tylko odblaski ich rudych płetw.
Wstałam, zebrałam prawie niezapisane kartki i odwróciłam się na pięcie, a deski zatrzeszczały niebezpiecznie. Chciałam zrobić krok naprzód, ale drogę zastawiał mi jakiś człowiek. Właściwie, to mało na niego nie wpadłam, bo stał pół metra za mną.
Wyprostowany, dumny, z założonymi rękami. Miał na sobie czarną koszulkę z dwiema ognistymi kulami, podwinięte oliwkowe bojówki i nie zawiązane trampki.
Włosy do ramion rozwiewał lekki wietrzyk, a szarość oczu podkreślona słońcem, które widocznie raziło, bo przymknął powieki, była wręcz powalająca.
I stał tak i wpatrywał się w przeciwległy brzeg jeziora.
Chrząknęłam znacząco, bo miałam zamiar przejść i zostawić tego dziwaka samemu sobie. Chociaż z drugiej strony czułam, że chłopak, na oko dwadzieścia jeden lat, nie stoi tu przypadkiem.
Wtedy opuścił na mnie wzrok. Z rąk wypadły mi kartki. Wszystkie wleciały do wody.
Rzuciłam się, żeby je wyłowić, ale deski nie wytrzymały ciężaru dwóch osób, które nerwowo chciały ratować dziecięce dzieła sztuki. Dało się słyszeć tylko trzask łamanego drewna i poczułam, że wpadam do wody.
Wrzasnęłam przeraźliwie, bo chłopak stracił równowagę i wpadł na mnie, co spowodowało, że przewróciłam się na plecy. Woda zakryła mi głowę. Nie umiałam nurkować, więc spanikowałam. Poczułam ręce na swoich ramionach i za chwilę prychałam i kaszlałam.
Chłopak stał nieco zszokowany takim obrotem spraw. Odgarnął mi włosy z oczu. Dalej sterczeliśmy jak te kołki po pas w mulastej wodzie.
Nasze „wielkie wejście” spowodowało niemały zamęt w podwodnym świecie.
Dziwiłam się tylko, że nikt nie przybiegł, gdy krzyknęłam.
Głupio było stać i nic nie mówić, wiec zaczęłam wybąkiwać przeprosiny, ale chłopak całą dłonią zasłonił mi buzię i nic nie mogłam wykrztusić.
-Zwątpiłaś, że mnie zobaczysz. Uwierzyłaś im, że nie przyjadę. Dałaś sobie spokój z podtrzymywaniem… Tego. Dlaczego? Przecież mówiłem, że się spotkamy, a ty wolałaś słuchać innych. Innych. Tych, którzy w ogóle mnie nie znają, którzy w ogóle nie mają o mnie pojęcia. Odeszłaś. Zmęczyło Cię to. Chciałaś czegoś lepszego.- wylał z siebie potok słów zanim zdążyłam pomyśleć o jakiejkolwiek pomyłce.
Wiedziałam, o czym mówił.
Silny wiatr zawiał mi w oczy piaskiem i w mgnieniu oka, zanim zdążyłam potwierdzić czy też zaprzeczyć, on zniknął…
Rozpłynął się w powietrzu jak obłok dymu albo nocna zjawa.
Poczułam toczącą się po policzku łzę, a za nią następną i kolejną.
W wodę naokoło mnie uderzały słone krople…
…Obudziłam się, a poduszka była mokra. To był sen.
Chciałabym, żeby mi się przyśnił…
23 Czerwiec, 2007 @ 1:05 (Codzienność)
Wakacje oficjalnie rozpoczęte.
Po ognisku w Pruszczu czuję się śmierdząca od dymu, ale usatysfakcjonowana od kostek po uszy. Było naprawdę nieźle.
Jadąc tam myślałam, że będzie gorzej, bo w sumie znałam tylko Łukasza no i Trzcinka, ale tego to raczej z widzenia.
Klisiu zasypiał w tramwaju, a potem szukaliśmy Bartka między półkami w Empiku. Jakoś poszło ![]()
Przyszła jedna dziewczyna, Magda w czapce i poszliśmy na autobus.
Zwiał nam, ale ktoś wpadł na genialny pomysł, że przecież kawałek dalej jest przystanek, na którym 50 też staje. Podbiegliśmy, ale on nie stanął ![]()
Wróciliśmy się na tamten przystanek. Znowu biegiem, bo kolejny 50 nadjeżdżał.
Jaaaaaaaaaaaaaa… Właśnie mi się przypomniało, że Klisiowi wiszę 95 groszy ! Ty, chłopie, weź mi przypomnij jak wrócisz z tego Krakowa ![]()
A wracając do tematu…
Jechaliśmy jakieś pół godziny. Po drodze wstąpiliśmy do sklepu, gdzie z ubolewaniem muszę stwierdzić, że nie było Specjala w butelce. Cóż… Warką też nie pogardzę. Jedna i starczy.
Doszliśmy na działkę. Było parę osób.
Imprezka rozkręcała się powoli.
W końcu doszło do całowania misia. Nie było tak źle, co?
Misiu wdzięczny do całowania jest.
Kiedy włączyli S.O.A.D., poczułam, że jest jak w domu.
No i ledwo poczułam się jak w domu, już musieliśmy się zmywać.
Przyjechała po nas mama Łukasza.
Chyba nikt się nie obrazi jak napiszę, że jego mama przypomina mi Tanię.
A Tania w porządku babka była. Znaczy jest, ale z nią nie utrzymuję kontaktu już, bo i o czym bym miała pisać?
W porządku- przynajmniej dla mnie.
Dobra, spadam. Spać mi się chcę.
Módlmy się o dobrą pogodę, bo naprawdę mam ochotę jechać do Sulęczyna.
Bez Ciebie- Pneuma
Bez Ciebie zacząć nowy dzień
naprawdę boję się
Chcę być przy Tobie,
żyć przy Tobie…
Powiedz jak
pokonać cały strach,
znów być przy Tobie,
żyć przy Tobie…
Powiedz czy ma sens mijać się,
nie patrzeć w oczy i nie wierzyć w dotyk?
Bez Ciebie płynie czas i nie ma w sobie nic
Głupi traf, gorszy czas,
znów nie mam po co żyć…
To tylko jeden gorszy dzień
Czemu nie chce się wciąż skończyć?
Nie chce słyszeć, że…
My zamieniamy w manekiny się
Bez czucia trwamy dzień za dniem
Przestaje płynąć wspólna krew
Bez Ciebie zacząć nowy dzień…
Kto odpowie gdzie, gdzie się podziało to co łączy,
Kto nam zamknął oczy?
Przestałem widzieć Cię, zamknąłem swoje drzwi
Ogień gasł, płynie czas, co jeszcze się w nas tli…
Wiem jedno
Bez siebie wciąż trudno nam
o krok, więc to nie koniec
Bez Ciebie ja nic nie jestem wart
Bez Ciebie zacząć nowy dzień…
Nie chcę wiedzieć co się mogło stać,
to nie jest ważne
Nie chcę wiedzieć co się mogło stać,
to nie jest ważne
Bez Ciebie zacząć nowy dzień…
Kurna, może wyrzucę te kilka złociszy na bilet i pojadę na ten Śląsk?
22 Czerwiec, 2007 @ 13:14 (Codzienność)
Niby miałam jutro plan jechać do Sulęczyna, ale jak patrzę na to, co za oknem ma miejsce… Na to, co się wyprawia, to przechodzi moje pojęcie.
Jak tak można, no? My jutro mamy plan się opalać na zielonej trawce koło jeziorka, a tu pada.
I nawet Mareczek nie poradzi. Mam mu trochę tu pokomplemencic, ale jestem załamana sytuacją pogodową, więc będzie musiał obejść się smakiem, chyba, że załatwi słonko. Nie jego, tylko takie prawdziwe słonko.
A! Wczoraj na imprezie było nawet fajnie, tylko szkoda, że znów się ztechniło. Taka chyba kolej rzeczy. Klimat był hawajski nawet, jak to było w założeniach.
Piękni, młodzi i bogaci- taką nazwę nosi klub, w którym się bawiliśmy. Tylko, proszę państwa, co to za piękni, młodzi i bogaci, gdzie na wejściu widać meble z jakiegoś komisu czy z czego, a na parkiecie śmierdzi WC? Nigdy więcej.
Wróciłyśmy SKMką i poszłyśmy do Mixa na lody. Ja i Mania, bo Misia uciekła o 22:30 ;|
Doszłyśmy do przystanku na Obr. Westerplatte i usiadłyśmy na murku. Dobry był ten Lotos. Śmietankowo- brzoskwiniowo- truskawkowy. Jedyny sorbet, który mi smakuje, bo cała reszta może nie istnieć.
I tak siedziałyśmy na tym murku, siedziałyśmy i gadałyśmy o pierdołach.
Zastanawiałyśmy się na jakie studia pójść. No, ja pójdę na jakiekolwiek dla świętego spokoju, a i tak będę kosmetyczką albo masażystką… No, może fryzjerką. Tak czy siak- kimś, do czego studia mi potrzebne nie będą.
O tak! Potępiajcie mnie, ale każdy robi to, co lubi. A mi się to najbardziej uśmiecha.
No nic. Siedziałyśmy dalej na tym murku obserwując jakiegoś robaka, który najwidoczniej też był na jakiejś mocno zakrapianej imprezie, bo przewracał się z brzucha na plecy i tak w kółko.
Nie miałam serca go dobić.
Przejechało kilka samochodów i dwa nocne. Wszyscy na nas patrzeli i pewnie zastanawiali się, co dwie dziewczyny z kwiatkami we włosach robią o 1 w nocy na murku. Jak to co? Rozprawiałyśmy o przyszłości, która jest całkiem blisko. Z dnia na dzień coraz bliżej… Hm- chyba przyszłość ma właśnie to do siebie.